debkowski / Blog  

Blog Andrzeja Dębkowskiego

http://www.andrzejdebkowski.bloog.pl

23 stycznia 2008

 

Niby kultura, a jednak nie kultura...

 

Mój Przyjaciel, poeta i rzeźbiarz z Nałęczowa Jan Stępień, powiedział mi kiedyś podczas długiej rozmowy: - Słuchaj, Andrzeju! Jak to jest naprawdę z tą kulturą? Bo wyobraź sobie, że kiedy włączę telewizor, to nie ma w zasadzie stacji, która nie nadawałaby programów o tej tematyce... Z drugiej jednak strony, kiedy się zacznie te programy dokładniej oglądać i analizować, to nagle okazuje się, że nie są one wcale takie kulturalne. Niby kultura, a jednak nie kultura...

Jan Stępień poniekąd ma rację, ponieważ nowe formy zamierzeń kulturalnych tylko w części są działaniami stricte kulturalnymi. Kultura dzisiaj ma - niestety - tylko bawić. Zaprzestano pracy wychowawczej, a tylko nieliczne placówki próbują przyciągnąć do siebie dzieci i młodzież. Gospodarka rynkowa zniszczyła ducha kultury, gdyż prawie za wszystko trzeba płacić. Brakuje pieniędzy na utrzymanie mnożonych bezładnie miejskich instytucji, a organizowane przez gminę konkursy na projekty już dawno stały się fikcją. Imprezy, które kiedyś były wydarzeniami, dawno straciły swój blask, bądź w ogóle przestały istnieć.

Dlaczego tak się stało? Dawniej kultura funkcjonowała w zupełnie innej rzeczywistości, nie tylko zresztą politycznej i ekonomicznej. W ucieczce przed wciskającą się zewsząd propagandą ludzie poszukiwali zjawisk autentycznych, nienaznaczonych oficjalnością, w praktyce więc - jak byśmy dziś powiedzieli - niszowych. To bowiem, co masowe, podlegało najściślejszej kontroli, a na twórczość ambitną, adresowaną do wąskiej inteligenckiej publiczności, władze trochę przymykały oko, uznając potrzebę istnienia „wentyli bezpieczeństwa”. I taka właśnie była kultura - elitarna, zdystansowana, raczej unikająca mówienia wprost, zwłaszcza o polityce. Ważny był też klimat miejsca, gdzie dobrze czuli się zarówno twórcy, jak i publiczność.

Z dzisiejszej perspektywy za fenomen tamtych czasów uznać trzeba, że możliwy był wtedy artystyczny sukces niemal bez pomocy mediów! Teraz sukcesy, zwłaszcza artystyczne, kreują media, które w większości znajdują się w Warszawie. Aby tam zaistnieć, nie wystarczy u siebie na prowincji zrealizować ciekawy, wartościowy projekt. Musi on jeszcze być efektowny, najlepiej z fajerwerkami i wielkimi gwiazdami, musi towarzyszyć mu duża akcja promocyjna. Sam klimat miejsca nie pomoże.

Cóż zatem potrzeba, aby obecne działania kulturalne spełniały wymogi współczesnego „świata”? Myślę, że w większości przypadków - rozmachu. Jednak twórcy kultury muszą pamiętać, że jest to tylko jeden z wielu elementów, tworzących kulturę. Sami artyści oczekują od lokalnych władz pomocy. I coraz częściej, jeśli takiego wsparcia nie otrzymują, wybierają inne, przychylniejsze im miejsce.

Na co więc powinniśmy stawiać? Mówiąc szczerze, nie wiadomo, bo brakuje choćby jednego, przyzwoitego planu działania, a większość samorządów daje pieniądze, jakby trochę na odczepnego... Samo dawanie pieniędzy nie zmieni jednak nic, jeśli równocześnie nie zostanie nareszcie opracowana spójna polityka kulturalna, a władze nie zrozumieją, że kierowanie kulturą trzeba oddać w ręce prawdziwych fachowców. Takich, którzy mają wizję i konsekwentnie będą ją realizowali, a nie tylko w miarę równo „dzielili biedę”...

 

 

28 stycznia 2008

 

W środkach masowego przekazu znowu bezsensowne dyskusje o kondycji polskiej literatury. Wszyscy znają się na wszystkim, mało kto próbuje to wszystko opisać w sposób rzeczowy. Lata, które minęły od czasu zniesienia w Polsce cenzury, zmieniły bardzo dużo w mentalności całego polskiego środowiska literackiego. Nowa jakość i inne spojrzenie na sprawy kraju, borykającego się do dzisiaj ze skutkami przemian ustrojowych, dają ogromne możliwości. Ale, niestety, młodym autorom trudno jest się „przebić”, trudno jest wejść w hermetyczne środowiska twórcze, niełatwo jest publikować swoją twórczość w zamkniętych enklawach twardogłowia, często wspomaganych przez środowiska skupione wokół wielonakładowych gazet. Z drugiej jednak strony ci sami młodzi robią tak naprawdę niewiele, aby ten stan zmienić: mało czytają, nie angażują się w dyskusje znaczeniowo ważne. Bazują na tzw. banale, na hecy literackiej, hucpie. Próbują szokować i obrażać, i to co najgorsze – walczyć z historią ojców.

Dzisiaj bardzo trudno jest mówić o książkach podczas ich promocji, bo jednej strony można urazić ich autorów - zbyt mocno ją krytykując (jeśli na taką krytykę zasługuje) – bądź też można „spaprać” sobie nazwisko, jeżeli krytyk zbyt dobrze mówi o takiej książce, w sytuacji, kiedy ona na to nie zasługuje. Z dobrą książką nie ma problemów, gdyż ona broni się sama. Czasami ma się wrażenie, że chyba z młodą literaturą polską nie jest jeszcze aż tak źle, chociaż rzeczywistość czasem skłania do innej refleksji.

Pomimo tego wszystkiego najważniejsze jest to, że wiara w sens literackich przygód ma jeszcze we współczesnym świecie swoje umocowanie, że magia poważnych poetów i poważnej literatury ma się dobrze, choć musimy na nią coraz bardziej dmuchać, aby jej płomień nie zagasnął...

 

 

29 stycznia 2008

 

Umieranie w pojedynkę...

 

Umieranie w pojedynkę w Polsce się nie opłaca. Bo cóż można na tym zyskać? Zupełnie nic. Nie wiem, co należy zrobić, aby w Polsce, po śmierci, być potraktowany w sposób normalny - tzn. żeby tego faktu przynajmniej nikt źle nie skomentował.

Minister obrony narodowej mianował na wyższy, kolejny stopień wojskowy siedemnastu lotników - ofiary katastrofy lotniczej pod Mirosławcem.  Skierował też do prezydenta wnioski o pośmiertne awansowanie trzech oficerów na stopnie generalskie.

 



Ponadto wystąpił z wnioskiem o nadanie jednemu generałowi Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski oraz o odznaczenie ofiar katastrofy samolotu CASA Lotniczym Krzyżem Zasługi.

Muszę przyznać, że kiedy to czytałem nie wierzyłem, że to może się dziać naprawdę. Lotniczy Krzyż Zasługi może być nadany żołnierzowi Sił Powietrznych, a wyjątkowo żołnierzowi innego rodzaju Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, za dokonany w czasie służby czyn przynoszący szczególną korzyść Siłom Powietrznym, a wykraczający poza normalny obowiązek (ustawa z 14 czerwca 2007 roku). Sprawę pozostawiam bez komentarza...

Jako żołnierz rezerwy Wojska Polskiego, w przypadku wybuchu wojny i ogłoszenia mobilizacji, idę na wojnę, czyli praktycznie na pewną śmierć, ramię w ramię z zawodowymi żołnierzami. Jeśli tego nie uczynię – dezercja i kula w łeb. Tak samo jak oni będę rozliczany z postawionych mi zadań i rozkazów bez żadnej taryfy ulgowej, bo jestem obrońcą ojczyzny. Do tego jestem podatnikiem, który wykonując m.in. wolny zawód wypracowuję i odprowadzam co roku grube tysiące złotych podatku. Dlatego też żądam (powtarzam - żądam), aby w przypadku mojej śmierci (choćbym upadł w łazience i trzasnął łbem o wannę) moja rodzina otrzymała kilkadziesiąt tysięcy zapomogi, stypendia, suweniry, apanaże itp. Moja rodzina będzie przecież cierpiała nie mniej niż rodziny tych lotników.

Jestem w stanie zrozumieć jakąś rentę dla rodzin poległych lotników, np. na kształcenie dzieci, ale odznaczenia, za co? A może każda ofiara śmiertelna powinna być odznaczona „chlebowym” - zawsze to rodziny by coś z tego miały.

Przecież ci oficerowie nie zginęli w czasie działań wojennych. Po prostu rozbił się samolot. Z całym szacunkiem dla rodzin poległych, szanuję ich żal i ból, i zgadzam się, że to tragedia, ale nie jest to wystarczająca zasługa. Medali nie dostaje się za śmierć w wypadku! To nie było bohaterstwo, to nie był ich wybór! Dlaczego więc nie odznacza się cywili poległych w wypadkach lotniczych?

Niesprawiedliwa jest również wysokość odpraw... Dlaczego ich rodziny mają dostać wyższe odprawy i renty? Bo akurat tak wyszło, że zginęli w takim wypadku, a nie innym? Czy ból tych rodzin jest większy niż tych których bliscy umierają z powodu różnych strasznych chorób, którzy potwornie cierpią czasem całymi miesiącami czy latami? Znam wiele osób, którzy umierali w strasznych cierpieniach i jakoś żadna z rodzin nie dostała żadnego odszkodowania, ani specjalnej renty (poza kwotą, na jaką ktoś był ubezpieczony). Nikt dla nich nie robił zbiórki pieniędzy. Czy trzeba zginąć w jakiś spektakularny sposób, żeby coś dostać od państwa? Czy to, że ktoś zginął w wypadku, o którym mówi cała Polska jest argumentem, żeby awansować ofiarę? To są działania ewidentnie „pod publiczkę”. Czy jak ktoś umiera po cichu, to jest gorszy?!

Dziwi, że wybrani niedawno politycy robią tak głupie rzeczy. Rozumiem odszkodowania i odznaczenia, jeżeli zginęliby podczas pełnienia misji pokojowych, oddali życie, aby mogli żyć inni. Tak, ale w tym przypadku to trochę dziwne.

Czy ktoś zastanowił się, ilu w tym czasie zginęło użytkowników dróg, ilu zginęło górników, ciężko harując, czy ktoś ich awansował i odznaczał?!...

 

 

2 lutego 2008

 

W ostatni poniedziałek, tj. 28 stycznia br. oglądałem rewelacyjny spektakl teatralny „Kryptonim »Gracz«” o życiu Jerzego Pawłowskiego, szermierza i florecisty, mistrza olimpijskiego, wielokrotnego mistrza świata, majora LWP, szpiega.

Nazywano go, i słusznie, szablistą wszech czasów. Był wielokrotnym olimpijczykiem (w latach 1952-1972), złotym, trzykrotnie srebrnym i brązowym medalistą olimpijski, 18-krotnym medalistą MŚ, 14-krotnym indywidualnym mistrzem Polski we florecie i szabli. W sumie zdobył 21 medali.

W 1976 roku został skazany na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA - 10 lat spędził w więzieniu. Pod koniec lat osiemdziesiątych miał być wymieniony na innych szpiegów, ale nie zdecydował się na emigrację, pozostał w Polsce.

Spektakl kończy się niesamowitą sceną, kiedy kamera śledzi kolejne tablice pamiątkowe, umieszczone na jednej z alejek w PKOl-u. Można było zobaczyć nazwiska najwybitniejszych polskich sportowców, nie było tylko Pawłowskiego. Kamera nagle zjechała na bruk, a w tle unosił się tylko śmiech - Pawłowskiego oczywiście...

Nie jestem za tym, aby honorować w jakiś szczególny sposób zdrajców ojczyzny, ale w sytuacji, kiedy z jednej strony próbuje się uczynić ze zdrajcy Ryszarda Kuklińskiego narodowego bohatera (również szpiegującego na rzecz CIA), a pomija Pawłowskiego, to coś tutaj nie jest w porządku. W czym zasługi Kuklińskiego są lepsze od Pawłowskiego? Przecież obydwaj służyli najpierw ludowemu państwu, a dopiero później postanowili donosić obcemu mocarstwu. Czyżby Pawłowski po 1989 roku miał gorszych popleczników, niż jego „kolega po szpiegowskim fachu?”. A może Pawłowski jest niedobry, ponieważ nie donosił na tyle intensywnie, aby zadowolić dzisiejszego naszego sojusznika, Stany Zjednoczone Ameryki? Może ta jego zdrada nie była taka wielka, bo przecież nie był on aż tak wysoko ulokowanym pracownikiem WSW, jak Kukliński, będący wśród największych decydentów ówczesnego państwa polskiego? Pytania, pytania, pytania...

I znowu śmiech historii, śmiech gorzki i żałosny...

 

 

6 lutego 2008

 

Patriotyzm narodowy czy europejski?

 

Nigdy nie ukrywałem, że mój naród i ojczyzna zawsze były dla mnie ideami bardzo bliskimi. Do dzisiaj pamiętam pierwsze teksty, których nauczyłam się na pamięć: modlitwy, hymn, wierszyk pt. „Polak mały”. W następnych latach pojawiały się coraz bardziej ambitne lektury szkolne - oczywiście większość o Polsce. Ktoś może powiedzieć, że ulegałam nacjonalistycznej indoktrynacji. Nie neguję, że te dziecięce doświadczenia z pewnością w jakimś stopniu zdeterminowały mój charakter i są źródłem obecnych postaw. Ja jednak nie traktuję systemu wychowania jako rodzaju ogólnokrajowego „prania mózgu” pod patronatem państwa. Dla mnie moje dziecięce zauroczenie się w Polsce było formą tej magicznej siły, która przez stulecia sprawiała, że poprzednie pokolenia Polaków nie szczędziły własnej krwi i potu dla ojczyzny. Może była to forma niedojrzała i ułomna, ale na pewno moja własna, odautorska, niewymuszona. W ten sposób chciałabym obalić pogląd, jakoby patriotyzm był wyłącznie skutkiem wychowania. Wykształca się po prostu u ludzi o silnym poczuciu świadomości narodowej. Patriotyzm to bez wątpienia pojęcie abstrakcyjne i postawa wręcz irracjonalna - wszak nie da się rozumowo uzasadnić np. chęci złożenia ojczyźnie ofiary ze swojego życia. Nie bez przyczyny porównywałam go już do magii. Tymczasem współczesna ideologia konsumpcji negująca bezinteresowne poświęcenie i irracjonalne pobudki zachowań, żądająca konkretów i wyśmiewająca duchowość, kłóci się z patriotyzmem, a właściwie nawet go zwalcza propagując kosmopolityzm. I to jest moim zdaniem przyczyną odrzucenia go przez wielu, szczególnie młodych, ludzi. Natomiast patriotyzm od wieków uważano słusznie za jedną z najważniejszych wartości w życiu człowieka i jeden z filarów obyczajowości. Cnota człowieka (w ujęciu starożytnym), jego dobroć, opierały się między innymi na miłości do ojczyzny. Tak więc odrzucenie patriotyzmu pociąga za sobą poważne następstwa - zaburzenie systemu wartości i popadnięcie w moralny chaos. Człowiek nie-patriota jest po prostu człowiekiem złym.

Każdy człowiek mimowolnie staje się związany z kulturą miejsca, w którym się urodził i wychował. Chodzi mi tu oczywiście o język, obyczaje, religię, ale także takie niuanse jak sposób myślenia i kryteria estetyczne. Każdy Polak mówi po polsku, myśli po polsku, zna polską historię i w większym czy mniejszym stopniu hołduje polskiej tradycji. Porzucenie własnego narodu (nie jest to równoznaczne z emigracją!) sprawia więc, że człowiek nie jest zdolny do życia w żadnym społeczeństwie - bo ojczyzny nie chce, a zagranicy nie rozumie. Ponadto przywiązanie do wielkiej wspólnoty jaką jest naród daje we współczesnym zglobalizowanym świecie poczucie bezpieczeństwa. Np. zawsze fascynowało mnie, jak ambasady dbają o swoich krajan za granicą - są to jakby sanktuaria, w których obywatel danego państwa może znaleźć pomoc, oparcie i wytchnienie. Z własnych doświadczeń wiem, jak szalenie miło jest spotkać rodaków za granicą - w gąszczu dziwnych, nieznanych języków usłyszeć ten najpiękniejszy; zobaczyć znajome, choć nigdy nie widziane twarze. Przynależność do narodu daje wreszcie poczucie swoistej dumy, spełnienia. Najlepiej widać to na przykładzie euforii wywołanej sukcesami Adama Małysza. Każdy Polak, nawet nieinteresujący się sportem na co dzień, czuje osobistą radość z wygranych i gorycz porażek. Jest w tym uczuciu coś mistycznego, coś, co spaja miliony nie znających się przecież i mieszkających z dala od siebie osób w jedną, wielką, zwartą wspólnotę. I to jest moim zdaniem wspaniałe!

Integracja europejska nie ma i nie będzie miała większego wpływu na kultury narodowe. Jej zadanie ogranicza się do promocji innych kultur i narodów. Mam, także nadzieję, że żaden naród nie pozwoli wtargnąć procesowi globalizacji w sfery, które stanowią dorobek kulturowy narodu i nie pozwolą tego zatracić. Wnioski, które wyciągnęłam z tych przemyśleń potwierdzają moje początkowe zdanie o integracji zdanie, iż nie może wchodzić w odrębność kulturową poszczególnych państw i zmieniać tego na siłę, gdyż najsilniejsza jest świadomość narodowa a ona nie pozwala nam zapomnieć o tradycji, zasadach postępowania i kulturze. Uważam, że proces integracji europejskiej wszczepi nam właśnie taką idee kultury, gdyż nie chciałabym w przyszłości ujrzeć ludzi, o jednakowych poglądach i uznających tę samą modę, jedzących to samo na śniadanie i słuchających tej samej muzyki. Pięknie jest różnić się od siebie, a podobno to: „przeciwieństwa się przyciągają”.

 

 

11 lutego 2008

 

Wstyd...

 

Wstyd jest zjawiskiem złożonym, bowiem zawiera w sobie wszystkie inne emocje, potrzeby i popędy. Człowiek owładnięty wstydem zaczyna czuć się niepewnie, dziwnie i - o ile jest rozumny - zaczyna zadawać pytania. Takich pytań nasunęło mi się wiele, kiedy śledziłem komentarze polityków i dziennikarzy, dotyczące wizyty polskiego premiera w Moskwie. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważna to była wizyta i ile od niej oczekiwano. Niestety, głosy rozłożyły się jak zwykle - po połowie. Zwolennicy obecnego rządu opowiadali bajki o sukcesach premiera Tuska i jego ministrów, zaś opozycja, jak zwykle ujadała, mówiąc wręcz o hańbie narodowej. Przykre to, bo tak naprawdę, to ani jedni, ani drudzy nie mają racji.

Trzeba pamiętać, że w polityce rozmawia się ze wszystkimi. Szczególnie wtedy, kiedy te stosunki nie są najlepsze, bądź wręcz fatalne. Czas wiecznego obrażania się na wszystko i na wszystkich minął. Prezes PiS uważa, że wizyta Tuska wpisała się także „w pewien model asymetrii w stosunkach polsko-rosyjskich, czyli odrzucenia zasad, które normalnie w dyplomacji są stosowane, tzn. »wizyta- rewizyta«”. Były premier zapomniał o jednym: gdzie była symetria w stosunkach politycznych pomiędzy Polską a USA za jego rządów? Kilka minut wyproszonej rozmowy z Bushem, a nasz premier już podarował interesom amerykańskim tysiąc polskich żołnierzy do Afganistanu. Co Polska z tego ma? Tarczę nam PiS załatwił, bo mamy obowiązek za darmo bronić bezpieczeństwa społeczeństwa amerykańskiego, zrażając sobie Rosję, która niezależnie od tego czy ją lubimy czy nie zawsze była i będzie bliskim i wielkim naszym sąsiadem, a do tego gospodarczym i atomowym potentatem. Niemcy i Rosjanie we wzajemnych stosunkach nie wracają do czasów wojny tylko robią super interesy. My, niestety nie, bo według braci Kaczyńskich jesteśmy tak bogaci, że nas stać na wieczne awanturowanie się z Rosją...

Uprawianie polityki międzynarodowej - szczególnie tej z Rosją - to niezwykle trudna i delikatna sprawa. Nie można zapominać, że dla Rosji, to właśnie jej interesy są najważniejsze, a nie nasze. Premier Tusk musi pamiętać, że ciepłe uśmieszki Putina i jego otoczenia, to wielka gra  i trzeba być nie lada graczem, aby temu podołać. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że ta wizyta nie przyniosła żadnych wymiernych efektów, ale w dłuższej perspektywie zrobiła dużą podwalinę pod przyszłe stosunki z tym wielkim krajem. Z kolei mówienie, że wizyta przyniosła Polsce szkody jest jakimś nieporozumieniem, a sypanie gromów, że oto mamy do czynienia z jakimś niezrozumiałym dla nikogo przekrętem, to po prostu nadużycie. Tym bardziej, że Jarosław Kaczyński zapomniał o jednym, że jeszcze kilka miesięcy temu, to on miał w swoich rękach „złoty róg”, który po prostu sprzeniewierzył. 

Jeżeli coś godzi w polski interes narodowy, to właśnie są nim takie wypowiedzi. Jarosław Kaczyński i jego ekipa muszą wszakże pamiętać, że na Wschodzie nikt nie nazywa obecnego premiera rusofobem, a na Zachodzie antysemitą. Może nadszedł czas, aby polscy politycy zadali sobie właściwe pytanie: komu i czemu służą? O ile w ogóle służą i o ile w ogóle chcą stawiać jakiekolwiek pytania? A wstyd pozostał... Jak zwykle...

 

 

17 lutego 2008

 

Ponad siły...

 

Amerykański satelita ma uderzyć w Ziemię!... Dokładnie nie wiadomo jeszcze gdzie, ale wszystko wskazuje na to, że w Polskę... Na mieszkańców kraju nad Wisłą spadł blady strach. Głos na ten temat zabierają największe autorytety, prześcigają się w opiniach, snują domysły, wysuwają hipotezy. Wiadomość dotarła także do głowy naszego państwa. Oczywiście, jak zwykle za późno i nie tak, jakby tego życzył sobie prezydent. Lech Kaczyński powiedział, że szef BBN przekazał mu w piątek informację o awarii amerykańskiego satelity, którą otrzymał od ministra obrony. Dodał jednak, że już dwie godziny wcześniej taką wiadomość miał od ministra w swojej kancelarii. Michał Kamiński potwierdził tę informację, że Lech Kaczyński dowiedział się o satelicie od niego. „A ja dowiedziałam się z portalu internetowego” - dodał. Natomiast minister Klich mówiąc na konferencji prasowej o awarii amerykańskiego satelity zapewnił, że o sprawie na bieżąco informowany jest premier, i szef MSWiA. Dodał, że wiedza przekazywana jest także prezydentowi za pośrednictwem szefa BBN. Klich mówił, że informację na temat satelity i jego przyszłych losów oraz możliwej reakcji ze strony amerykańskiej otrzymał w piątek przed południem. „Po tym zacząłem kontaktować się z kim trzeba, tzn. z ministrem spraw wewnętrznych i administracji, z panem premierem oraz próbowałem się połączyć bezpośrednio z panem prezydentem. Niestety, telefon nie odpowiadał. W związku z tym wykręciłem telefon do pana ministra Stasiaka i przekazałem mu telefonicznie wszystkie informacje, jakie wówczas posiadałem z prośbą o przekazanie prezydentowi” - podkreślił Klich. Całe szczęście, że mister Stasiak miał włączony telefon, bo w przeciwnym razie pan prezydent znowu nic by nie wiedział. Ale przecież nie chodziło wcale o to, aby cokolwiek przekazać, albo żeby prezydenccy ministrowie chcieli się o tym dowiedzieć. Najważniejsze jest zamieszanie. Znowu o nic. Pewnie, że jakieś tam zagrożenie zawsze istnieje, ale czy nie można inaczej? Ogólnonarodowy szum przybrał niebotyczne rozmiary.

A przecież to nie jest wcale sprawa Polska... To rozgrywka między USA a Rosją, która zresztą wyraziła podejrzenie, że USA, dokonując zapowiedzianego zestrzelenia swego satelity szpiegowskiego, chcą wypróbować nową broń strategiczną, którą prawdopodobnie stworzyły.

Zastanawiać może tylko to, że amerykański, wyjątkowo wczesny i precyzyjny komunikat: „w razie gdy ucierpią ludzie, to USA zrekompensuje odszkodowania”. Oni tak nigdy nie mówią, czyli tym razem jest coś na rzeczy. Rosjanie mówią, że USA chce zniszczyć satelitę nie dla tego, żeby komuś na głowę nie spadł, a dlatego, aby nie dostał się w niepowołane ręce. Rosja z kolei nie martwi się o swoje satelity meteo tylko o swoje satelity szpiegowskie.

Rację ma chyba mój sąsiad, Józek, który mówił mi, że „tak naprawdę to Amerykanie wysłały na nas bombę atomową, co im załatwi problem z polskimi wizami”. Ot, mądrość starego... filozofa... Coś w tym musi być, skoro tak bardzo ociągamy się ze zgodą na naszym terytorium zainstalowanie tarczy antyrakietowej...

Jakby tego było mało okazuje się, że nie wiadomo, czy przyszli emeryci, dostaną jakieś pieniądze, bo Otwarte Fundusze Emerytalne nie mają pieniędzy. Gigantycznie rozbudowano biurokrację emerytalną. Polski emeryt finansuje zatem podwyżki dla lekarzy, którzy często nie chcą go przyjąć w państwowej przychodni, bo akurat strajkują. Jeśli do tego dołożymy bałagan ustawodawczy, brak systemów informatycznych w ZUS-ie, brak jasnych zasad wypłat i dziedziczenia środków... Tak więc przyszli emeryci zamiast wygrzewać stare kości na pisakach Morza Śródziemnego skazani będą na nędzę i wykluczenie. Wybuch już nastąpił i to wcale nie w Kosmosie, tylko tu, na Ziemi, a dokładnie na „ziemi obiecanej”. Fala tsunami zbliża się powoli, acz nieubłaganie. A do tego wszystkiego jeszcze Kosowo ma ogłosić niepodległość... I co ja mam właściwie o tym wszystkim myśleć?...

 

 

19 lutego 2008

 

Nie matura, lecz chęć szczera... zrobi z ciebie oficera

 

To - jeszcze przedwojenne powiedzenie - doskonale pasuje do sytuacji, która zaistniała w świadomości Polaków dzięki dziennikarzom śledczym „Dziennika”. Dotarli oni do tajnego raportu, który mówi, że „w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego kierowanej przez Antoniego Macierewicza zaledwie 17 dni trwał kurs na pierwszy stopień oficerski”... Standardowo szkolenie oficera służb wojskowych powinno trwać od roku do półtora. Wcześniej powinien on przejść trzyletnią służbę przygotowawczą. Jak pisze „Dziennik”:        



Kadr do nowych służb szukano m.in. wśród policjantów i byłych funkcjonariuszy UOP, ale także zaprzyjaźnionych ... harcerzy i dziennikarzy. (...) Jeszcze łatwiej było zostać podoficerem. Do egzaminu na pierwszy stopień podoficerski podchodzili ludzie bez żadnych szkoleń. A zdawał każdy, wystarczyło przejść test sprawnościowy i zaliczyć strzelanie. Nie było jednak ważne, czy ktoś ma dobrą kondycję ani czy do tarczy trafił, czy nie, bo decydująca była rozmowa kwalifikacyjna. Poziom nauczania był tak niski, że zaliczenia kursów, i to na ocenę bardzo dobrą, dostawali wszyscy, nawet ci, którzy w nich nie brali udziału”...

Tu musi nastąpić długa pauza... Długa pauza... Trzeba również zadać pytanie: Czy my żyjemy w normalnym kraju?... Otóż, nie! Wczoraj sąd uniewinnił Milczanowskiego od oskarżeń o szpiegostwo, którego nie udowodniono, tłumacząc się jakimś stanem wyższej konieczności (tym razem nic nie mówiono o pomroczności jasnej), dzisiaj okazuje się, że drugi „as wywiadu” - Macierewicz, pozbawił kraj jakiejkolwiek ochrony przed obcymi służbami, zatrudniając fachowców rodem z filmu pt. „Szpiedzy tacy, jak my”. A przecież wywiad, czy Kontrwywiad, to bezpieczeństwo państwa. Jeżeli nad moim bezpieczeństwem ma czuwać grupa amatorów i harcerzyków z Bożej łaski, to już wolę wojowników z Afrykańskich plemion. Przynajmniej będę wiedział, czego mogę od nich oczekiwać...

Wiem z autopsji, że aby zostać oficerem, to trzeba ukończyć czteroletnie, trudne i ciężkie studia. Zachowania ludzi pokroju Milczanowskiego i Macierewicza, to zniewaga dla tych, którzy swoją uczciwą pracą i życiem zaświadczają o wielkim przywiązaniu do tego umęczonego kraju nad Wisłą...

 

 

24 lutego 2008

 

Zrozumieć Zamoyskiego...

 

Niedziela jest dla mnie takim dniem, kiedy mogę nadrobić zaległości w czytaniu z całego tygodnia. A czynię to z wielką radością, jakby z namaszczeniem. Czytanie z lekkim opóźnieniem ma swoje zalety, gdyż do większości spraw nabiera się stosownego dystansu...

W „Rzeczpospolitej” z 16-17 stycznia br. duży dwukolumnowy artykuł Adama Zamoyskiego, mieszkającego w Londynie historyka, współzałożyciela i prezesa zarządu Fundacji Książąt Czartoryskich. Już sam tytuł jest kontrowersyjny: „Zrozumieć targowiczan”. Autor na łamach dziennika próbuje usprawiedliwiać niektóre momenty naszej historii. I chodzi tu o te momenty, które nie są dla nas chlubą. Już po pierwszych akapitach tekstu widać, że „współczesny książę” ma o sobie dość dobre zdanie: „Przymierzając się po 20 latach do nowego wydania mojej syntezy historii Polski »The Polish Way«, przeczytałem ją od początku do końca. Z ulgą stwierdziłem, że książka zdaje egzamin pod względem stylu, że jest (nie chcę się chwalić) kompetentnym ujęciem tysiącletniej historii naszego kraju, i że nie zawiera żadnych poważniejszych błędów. Muszę jednak uznać, że gdybym ją miał napisać dziś, trochę inaczej bym przedstawił dzieje naszego narodu. Czy to oznacza, że moje poprzednie spojrzenie było mylne? Bynajmniej, tylko czasy się zmieniły”.

Mój Boże, co trafne analizy historyka! Widać, że Adam Zamoyski myli się i to bardzo. Cóż mają czasy do wcześniej, niezbyt trafnie napisanej książki? Świadczą one tylko o jednym, że jej autor wysunął po prostu złe tezy, które nie oparły się czasom.

Najwięcej miejsca poświęca jednak „współczesny książę” swoim klasowym współziomkom: „Jeśli chodzi o tradycyjne pokraki w naszych dziejach, to należy stwierdzić, że Zebrzydowski i Lubomirski zawinili przede wszystkim tym, że nie działali konsekwentnie i nie dopięli swego. Jeśli chodzi o Radziwiłła, to co w tym dziwnego, że chciał odłączyć Litwę od Korony? Wszak Jagiełło ją przyłączył, pod silną presją polityczną, i jego potomkowie na tronie Wielkiego Księstwa nieraz myśleli o odłączeniu. (...) Sienkiewiczowi, jak wszystkim patriotom tego okresu, zależało na podkreśleniu wielkości dziejowej kraju i wciągnięciu Litwinów do walki z caratem. Ale teraz, gdy Polska jest wolna, można stwierdzić nie tylko, że Radziwiłł nikogo nie zdradził, ale że działał w interesie własnym i swego rodu”. Tak, to prawda! W interesie własnym i rodu! Tak samo, jak „współczesny książę” działa w interesie swoiście pojmowanej prawdy historycznej, która ma się nijak do interesów historii naszego narodu. I jeszcze dalej Zamoyski pisze: „A targowiczanie? Czy naprawdę  zasługują  na piętno zdrajców?”.

Kiedy się czyta takie teksty w jednym z największych polskich dzienników, to przykre jest to, że tacy naukowcy – właśnie dzięki wywalczonej przez Polaków mieszkających w kraju wolności – próbują teraz nam „wciskać” swoje mądrości, zdobyte zapewne w luksusowych salonach Zachodu, kiedy pozostali rodacy klepali od 1945 roku biedę... Acha, Adam Zamoyski w 2007 roku został odznaczony komandorią Orderu Odrodzenia Polski. Odrodzenia, ale czego?

 

 

25 lutego 2008

 

I po Oskarze...

 

Tegoroczne rozdanie statuetek miało być szczególnie ważne dla Polaków, ale niestety, nie udało się Andrzejowi Wajdzie zdobyć Oskara za „Katyń”. Wyprzedził go film austriacki „Fałszerze”, którego akcja rozgrywa się podczas II wojny światowej w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Tegoroczny Oskar za film nieanglojęzyczny pokazał, że w Stanach Zjednoczonych temat Holokaustu w dalszym ciągu trzyma się mocno. Cóż z tego, że nagrodzony film był - moim zdaniem - najsłabszym ze wszystkich nominowanych filmów! Wiadomo, że w tej kategorii nie liczy się tzw. artyzm, bo od wielu lat wygrywają nie tyle filmy, co tematy. Niektórzy mówią, że Oscar próbuje się otwierać na świat. Może to i prawda, może to jest ciekawa tendencja, ale niesprawiedliwa...

Martwi mnie tylko cały ten szum, który zrobiono w Polsce. „Katyń” jeszcze przed oficjalnym rozdaniem Oskarów swoją konkurencję wygrał i to zdecydowanie. Te wszystkie głosowania, napędzanie koniunktury, ogłupianie ludzi... W Polsce było to zupełnie niepotrzebne, bo Polacy doskonale wiedzą czym był dla nas mord w Katyniu. Trzeba było tę energię przelać na promocję filmu za granicą, głównie w USA, skąd pochodzi większość członków Akademii Filmowej, a komentarze tego typu, „że film ten jej członkowie oglądali z wielką powagą, skupieniem i uznaniem”, są tyle samo śmieszne, co żenujące. A jak na ten film mieli reagować? Z uśmiechem na twarzach? W Ameryce też żyją ludzie kulturalni i wrażliwi...

Powinniśmy się cieszyć, że film był nominowany, że dzięki „Katyniowi”, ludzie w innych krajach być może sięgną po książki, materiały historyczne na temat tej tragedii. Może wreszcie prawda ujrzy światło dzienne tam, gdzie były problemy nawet ze świecami. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że pod względem artystycznym ten film nie jest jakimś wyjątkowym dziełem. Wprost przeciwnie - to nie jest dobry film. Pomijam wstrząsające, ostatnie dwadzieścia minut filmu... Powinniśmy pamiętać, że jeśli akceptujemy możliwość zwycięstwa, trzeba również zaakceptować możliwość przegranej.

Myślę, że powinniśmy się teraz skupić nad tym, co będzie z tym filmem w Rosji. Przecież za miesiąc ma odbyć się premiera tego filmu. A to przecież dla nas będzie o wiele ważniejsze, niż to, czy „Katyń” dostał Oskara, czy też nie...

 

* * *

 

Na otarcie łez pozostał nam Oscar za krótkometrażową animację dla „Piotrusia i wilka”, film, który powstawał w polskim studio Se-Ma-for w Łodzi. To wielka radość, zwłaszcza że animacja lalkowa - technika, w której ten film został zrobiony - została wymyślona właśnie w Polsce, kilkadziesiąt lat temu. Obraz jest koprodukcją polsko-brytyjską, ale - niestety - świat się o tym nie dowiedział, bo reżyserka filmu dziękowała wszystkim, tylko nie Polakom...

 

 

1 marca 2008

 

A nad całą Europą wieje... Orkan Emma dotarł także do Polski. Wyrządził wiele strat. Mój sąsiad, Józek, mówi, że to jest wina ludzi, dlatego Bóg zsyła nas kary. A tych kar jest coraz więcej. Zauważ - ciągnął dalej - kiedyś takich huraganów było w roku najwyżej pięć, a teraz... podobno ponad pięćdziesiąt. Ludzie są coraz gorsi, więc i kar musi być więcej...

Tłumaczę Józkowi, że te zmiany spowodowane są tym, że klimat co paręset lat ociepla się i ochładza - na zmianę! Zmiany związane są także z ociepleniem wielkich oceanów, które odpowiedzialne są za wchłanianie dwutlenku węgla... że tysiące hektarów lasów, które go asymilowały zniknęło dzięki człowiekowi, że wiele krajów nie chcą zmniejszyć emisji spalin i na koniec, że on sam też się do tego przyczynia, spalając w swoim piecu plastikowe butelki... Powiedziałem mu, że jak nie przestanie tego robić, to za 200 lat i kataklizmy zniszczą całą Ziemię...

Józek podrapał się po głowie, pomruczał coś pod nosem i odchodząc rzucił mimochodem: - A tam... ty zawsze musisz coś wymyślić... Jednak po chwili dorzucił: - A wczoraj był 29 lutego i to też musi mieć jakiś wpływ na pogodę, no nie?...

Cóż, poszedłem do domu i zacząłem czytać... Ale po paru godzinach pewna myśl przebiegła mi przez głowę: najpierw czytałem „Strach” Jana Tomasza Grossa, a później książkę Tadeusza Bartosia „Jan Paweł II. Analiza krytyczna”. Józek może mieć rację. Kto wie, czy te wiatry, to nie kara za to, że czytam takie „nieprawe” lektury... Kto wie?...

 

 

2 marca 2008

 

Ostatnio w polskiej prasie pojawia się bardzo dużo artykułów dotyczących najnowszej polskiej historii, a to głównie za sprawą wielu książek, które ukazały się na rynku wydawniczym. Jan Tomasz Gross po wcześniejszych „Sąsiadach” opublikował „Strach”. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zalewski po „Księżach wobec bezpieki” napisał „Moje życie nielegalne”, a Tadeusz Bartoś - były dominikanin - pisze „Jana Pawła II. Analizę krytyczną”. Kolejne książki czekają na swoje premiery. Jak zwykle w takich sprawach rozgorzała dyskusja, która tak naprawdę nie ma nic wspólnego z ogólnie przyjętymi normami. Jednak z drugiej strony tak naprawdę trudno orzec, co dzisiaj jest normą. Nie chcę komentować, kto ma rację, za kim się opowiadam, bądź po czyjej stronie są moje sympatie, które w takich debatach, powinny być na drugim planie. Tu powinny zadziałać prawa profesjonalizmu. No, właśnie. Powinny... Rzeczywistość - jak zwykle w Polsce - okazuje się odmienna. Ci , którzy mogliby cokolwiek mądrego na ten temat powiedzieć, po prostu milczą. Głos zabierają najczęściej dyletanci i nieudacznicy z różnych dziedzin wiedzy i życia - „bezstronni” dziennikarze będący na usługach upolitycznionych koncernów prasowych. Wszyscy prześcigają się w obelgach. Brak merytorycznych wypowiedzi - nie ma autorytetów, które wytłumaczyłyby skołowanemu społeczeństwu, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Ale - jak zwykle w takich sprawach - chodzi głównie o pieniądze: która gazeta, pismo, bądź stacja telewizyjna poda bardziej prawdopodobną tezę.

Tak naprawdę przeraża fakt, że najwięcej w sprawach polskich mają ludzie mieszkający na Zachodzie. Choć uważają się za Polaków, bądź mówią o swoich korzeniach i związkach z Macierzą, dawno stracili wszelką łączność z polskimi problemami. Życie w innych warunkach społecznych i kulturowych znacznie ogranicza jakoś sądów.

Jeden z takich „podpowiadaczy”, John Radzilowski, profesor historii na Uniwersytecie Południowo-Zachodniej Alaski (gdzie to jest?) pisze w „Rzeczpospolitej”, że „historia kultury lub narodu ma swoje znaczenie tylko, jeśli zachowuje ciągłość z tradycją”. Po przeczytaniu takiego tekstu aż chce się wykrzyczeć: - Więcej umiaru, panie profesorze, więcej umiaru! Najłatwiej jest doradzać z daleka i to jeszcze z tak daleka...

 

* * *

 

A za naszą wschodnią granicą bez zmian. Dmitrij Miedwiediew został nowym prezydentem Rosji (z namaszczenia Putina), odnosząc bezapelacyjne zwycięstwo w wyborach. Opozycja demokratyczna w Rosji nazwała niedzielne głosowanie farsą i wezwała obywateli do bojkotu wyborów.

Wygrana Miedwiediewa nie wróży dobrze Polsce. Wielu ekspertów od spraw Europy Wschodniej jednoznacznie stwierdziła, że „wybory prezydenckie w Rosji nie były zmanipulowane, a ich wyniki w pełni oddają poparcie Rosjan dla ekipy rządzącej i odzwierciedlają rzeczywisty stan umysłów i tendencji w Rosji”. To niebezpieczna, ale prawdziwa teza i świadczy jedynie o tym, że Polska jest dla Rosji krajem mało istotnym... Nie tylko dla Rosji...

 

 

3 marca 2008

 

Prymas Polski, Kardynał Józef Glemp, powiedział dzisiaj w wywiadzie dla „Dziennika”, że: „My nie chcemy państwa wyznaniowego. Czym innym jest doktryna Kościoła i wynikające z niej przykazania, które obowiązują wierzących, a czym innym prawo państwowe, które obowiązuje wszystkich obywateli. Państwo jest niezależne i Kościół nie narzuca mu żadnych rozwiązań, choć ma prawo wypowiadać się na tematy społeczne - ukazywać je w perspektywie swojego nauczania. W Polsce za grzech nie idzie się do więzienia, chyba że ten grzech ma wymiar społeczny i jest ujęty w prawie cywilnym jako przestępstwo”. Ważkie to słowa i miejmy nadzieję, że szczere, tym bardziej, że prymas Glemp uchodzi za kardynała mało ustępliwego. Czyżby to miało świadczyć, że w Kościele katolickim idzie nowe, czy może dają się odczuć - coraz bardziej - różne tarcia wewnątrz polskiego Kościoła katolickiego...

 

* * *

 

Znowu wielki szum wokół ojca Pio. Zgodnie z zapowiedziami, budzącymi od tygodni wielkie emocje, a nawet protesty we Włoszech, w sanktuarium w San Giovanni Rotondo w nocy z niedzieli na poniedziałek dokonano ekshumacji szczątków świętego ojca Pio. Po dokonaniu niezbędnej konserwacji zostaną one wystawione w szklanej trumnie na widok publiczny.

 



Uczestniczący w czynnościach arcybiskup Domenico D"Ambrosio poinformował ze swadą, że zwłoki świętego, czterdzieści lat po jego śmierci, są w dość dobrym stanie. (!)

Z powodu licznych protestów wiernych zrezygnowano z rozważanych planów przeniesienia na stałe trumny ojca Pio do pobliskiej nowej, nowoczesnej i bardzo przestronnej bazyliki. Świadkami ekshumacji było około dwustu osób, w tym członkowie rodziny ojca Pio. Wszyscy złożyli wcześniej przysięgę, że dochowają tajemnicy. Niektórzy krewni starali się nie dopuścić do ekshumacji, argumentując, że jest to świętokradztwo. Wydarzenie to zbiega się w czasie z ożywioną dyskusją we Włoszech wokół budzącej kontrowersje książki historyka Sergio Luzzatto, który zasugerował, że zakonnik z Pietrelciny stosował kwas karbolowy, by mieć stygmaty. Przeciwko tym sugestiom ostro wystąpił między innymi znany katolicki pisarz i publicysta Vittorio Messori, który napisał dosłownie, że ojciec Pio „nie był małym chemikiem”. Można by rzec: No, cóż, jakie czasy... takie ekshumacje...

 

* * *

 

Już myślałem, że może wystarczy tych niesamowitych historii, a byłem w błędzie. Okazało się, że to nie wszystkie sensacje dzisiejszego dnia. Autorka głośnej, wstrząsającej książki „Przeżyć z wilkami”, Micha Defonesca (jak się również okazało jej prawdziwe nazwisko brzmi Monique De Wael), przedstawianej jako autobiografia z czasów holokaustu, przyznała się, że cała jej historia jest fikcją. Książka reklamowana była jako prawdziwa historia o przeżyciu Zagłady przez ośmioletnią żydowską dziewczynkę, która w poszukiwaniu rodziców deportowanych z Belgii do obozu w 1941 roku, przemierzyła w zawierusze wojennej pieszo trzy tysiące kilometrów, aż dotarła do okupowanej Polski, a także Ukrainy. Odtrącona przez miejscową ludność, schronienie znalazła w lesie, wśród wilków.

Na Zachodzie jest to szok, tym bardziej, że jeszcze tydzień temu twardo broniła swojej wersji, powtarzając, że „ranią ją głęboko ludzie podważający prawdziwość książki”. Po raz kolejny widać wyraźnie, że prawda jest pojęciem względnym. Mitomania  ma się dobrze i zapewne nie ona pierwsza, i nie ostatnia. W ostatnim czasie było kilka tego typu spraw, a będą następne. Czegoż to nie robi się dla pieniędzy. A ja znowu się dziwię... jak przedszkolak! Ciekawe, czy jeszcze coś się dzisiaj wydarzy. Przecież do końca dnia pozostało tyle czasu...

 

 

6 marca 2008

 

Dziennik „Rzeczpospolita” polubił ostatnio zabawy. A to zabawia się w prognozowanie czy Platforma Obywatelska dotrzyma do wiosny, a to na jego łamach omawiane są złowieszcze proroctwa dotyczące szybkiego upadku Rzeczpospolitej (tym razem jako narodu - nic nie było o upadku samej gazety). Najlepszą zabawą, jaką wymyślili dziennikarze tej gazety, to sondaż dotyczący tego, kto jest najbardziej wpływowym człowiekiem w Polsce. Badania przeprowadzone przez Gfk Polonia dały obraz faktycznego stanu umysłowego Polaków. Najbardziej wpływowym okazał się Donald Tusk. W porządku, może i tak jest. Dalsze miejsca zajęli: Lech Kaczyński (niech będzie), Lech Wałęsa (niech będzie), kard. Józef Glemp (no, może i tak), Zbigniew Religa (powiedzmy), kard. Stanisław Dziwisz (powiedzmy), Jarosław Kaczyński (niech będzie), Władysław Bartoszewski (niech będzie), o. Tadeusz Rydzyk (niech będzie). Ale  żeby Tomasz Lis znalazł się w tym gronie na czwartym  miejscu?

Patrzyłem na to zestawienie i nie dowierzałem własnym oczom. To stan intelektualny polskiego społeczeństwa sięgnął już takiego dna? Rozumiem, że dziennikarz Lis stał się ostatnio bohaterem wysokich kolorowych tabloidów, że jest teraz jednym z większych celebrities, ale jaki on może mieć wpływ na losy tego kraju. Wiem, że siła mediów sprawia, że do czołówki dostały się różne lansowane ostatnio osoby. Stąd też niezłe miejsca m.in. Andrzeja Wajdy (11 miejsce) i Krystyny Jandy (25 miejsce) - to już oczywiście lekka przesada, ale cóż ja mogę, skoro skołowany naród wyżej stawia Rydzyka od abp. Józefa Michalika, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

I tu nasuwa się pytanie: czemu ma służyć taki sondaż? Przedstawienie wyników i zdawkowy, kilkunastozdaniowy komentarz? Wiem, że nikt nie ma wpływu na to, co myślą ludzie, ale dziennikarska rzetelność wymaga głębszej analizy tych wyników. Pewnie to kolejna zabawa „Rzeczpospolitej”, która z poważnego, opiniotwórczego periodyku stała się nieobiektywnym, duszącym się we własnym sosie dziennikiem. A szkoda!

 

* * *

 

Pani profesor Jadwiga Staniszkis tak oto rozpoczyna dzisiaj swój felieton na stronie Wirutalnej Polski: „Doświadczenie poznawcze jakie osiąga się w kamiennym ogrodzie Zen można interpretować na wiele sposobów. Na przykład - jako osobiste przeżycie zasadności logiki wielowartościowej, która odrzuca formułę niesprzeczności i wyłącznego środka, poprzez unaocznienie możliwości jednoczesnego bycia czymś - i czymś przeciwnym. Równocześnie rzeczą (bo kompozycja kamieni, manipulując niejako obserwatorem, wywołuje w nim nagły stan skupienia), i - podmiotem, bo ów stan pozwala pełniej przeżyć własną, unikalną jednostkowość. A sam kamienny ogród stawał się w tej sytuacji jakby podmiotem, posiadającym - nieintencjonalną wprawdzie, ale - sprawczą - siłę. A równocześnie - wciąż pozostawał zbiorem rzeczy”. I tak dalej, i tak dalej... Nie chcę przytaczać całości, bo im dalej, tym jeszcze gorzej...

No, cóż, pani profesor trochę „odpaliła w kosmos”. Najwyraźniej po wielkiej klęsce Jarosława Kaczyńskiego w ostatnich wyborach, kiedy z takim namaszczeniem wspierała PiS, nie może odnaleźć swojego miejsca na Ziemi. Felieton, zapowiadany jako wspaniały tekst dla wszystkich internautów, okazał się zwykłym bełkotem, co prawda intelektualnym, ale jednak bełkotem... Przecież gdyby tak przeanalizować ten artykuł z punktu widzenia logiki (jedno- lub wielowartościowej), to nic by z niego nie zostało. A przecież można to było napisać normalnie.

Moje mocne słowa nie są kwestią złośliwej krytyki. To wynik pewnego zagubienia się Pani Profesor. Szkoda, że Jadwiga Staniszkis niezależność akademicką zamieniła na partyjny szyld i dlatego poddawana jest teraz krytyce. Wystarczy przeczytać jej teksty o lustracji, a następnie o tym, jak sama się lustrowała. Dzisiaj pisze takim językiem, aby chciała zagłuszyć wcześniejsze swoje wystąpienia. Jednak tak się nie da, ludzka pamięć jest długa i często nielogiczna...

Niestety, u nas logika, to sposób myślenia zgodny z doktryną rządzących i jeżeli tak będzie, będziemy zaściankiem Europy. Wywody Pani Profesor przypominają wystąpienia sekretarzy Komitetu Centralnego. Mówili, żeby nic nie mówić i tu jest to samo. Podobno geniuszy świat nie rozumie, ale czy Pani Profesor jest geniuszem? Gdyby ktokolwiek w Polsce posługiwał się logiką, to przez pomyłkę zrobiłby może coś dla ludzi, a to dla polityków byłoby nielogiczne. Logika bowiem, to pozytywistyczne przekleństwo...

„Być czymś i być czymś przeciwnym”, to tak, jakby coś mieć i nie mieć jednocześnie. Arystoteles twierdził zupełnie coś odwrotnego „to niepodobne, aby coś było i nie było jednocześnie”. Tak się po prostu nie da...

 

 

7 marca 2008

 

Gdzie stał prezydent?

 

Wczoraj odbyły się uroczystości u prezydenta Lecha Kaczyńskiego, związane z 40. rocznicą marca 1968 roku. W ogóle wczorajszy dzień były niezwykle symboliczny, gdyż zmarł także wybitny aktor Gustaw Holoubek, który właśnie czterdzieści lat temu kreował rolę Konrada w słynnym przedstawieniu „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Właśnie to przedstawienie spowodowało - a właściwie zdjęcie  go przez władze z afisza - że studenci Uniwersytetu Warszawskiego wyszli na ulice, m.in. w obronie relegowanych z uczelni dwóch kolegów: Adama Michnika i Henryka Szlajfera, za przedstawienie relacji z zajść reporterom prasy francuskiej. Nie chcę pisać o złożoności całej sytuacji związanej z marcem ’68. Można o tym przeczytać w wielu świetnie napisanych pracach czy materiałach IPN. Mnie zastanawia co innego. Dlaczego prezydent Lech Kaczyński nie zaprosił Adama Michnika, głównego bohatera tych wydarzeń? Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą kochać Adama Michnika, ale żeby nie zaprosić go na takie uroczystości, to po prostu nieprawdopodobne! To tak, jakby nie zaprosić Lecha Wałęsy na uroczystości rocznicowe Sierpnia ’80.

Myślę, że Lech Kaczyński cierpi na syndrom Adama Michnika, który jest dla niego jakimś fundamentalnym problemem polityki historycznej, bo ostatnio wszystkie rocznice są obchodzone bez jednego z głównych bohaterów, czyli Adama Michnika. Ale niestety, tak potoczyła się nasza historia po 1956 roku, że właściwie gdziekolwiek dotknie się polskiej historii, to tam natychmiast pojawia się Adam Michnik... No, ale przecież prezydentowi Kaczyńskiemu, a tym bardziej jego bratu, Jarosławowi, nikt nie bronił robić tego samego...

W tym miejscu nasuwa się pytanie: - Skąd w Lechu Kaczyńskim bierze się tyle nienawiści? Powodem jest chyba to, że pan prezydent chce nam trochę inaczej ukazywać historię. Pewnie wymyślił sobie, że będzie pokazywał i dekorował ludzi, które nie są teraz na pierwszych stronach gazet. Ale pan prezydent najwyraźniej zapomina, że nie można pokazywać historii bez bohaterów. Historia bez bohaterów nie istnieje!

Smaczku do całej sytuacji dodaje fakt, że wręczając odznaczenia w rocznicę Wydarzeń Marcowych, prezydent Lech Kaczyński tak wspominał swój udział w studenckich demonstracjach przed 40 laty: „Jako szeregowy żołnierz byłem też wtedy - 8 marca - pod Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego, a później pod Pałacem Kazimierzowskim razem z bratem Jarosławem Kaczyńskim, a także z dzisiejszym posłem, byłym ministrem, Wojciechem Jasińskim”. A mnie się wydawało, że bracia Kaczyńscy zawsze stali tam, gdzie stali, a szeregowi żołnierze stali raczej tam, gdzie stało ORMO... No, cóż, punkt widzenia zależy od miejsca... stania.

 

 

8 marca 2008

 

Zapachniało wiosną. Tą prawdziwą, ze słońcem i bez tego zimnego, przeszywającego wiatru. Bazie, które kwitną już od dawna pod oknami mojego domu, dopiero teraz nabrały niezwykłych barw - przyroda to jednak wspaniały dar...

Wciąż dużo rozmyślam o ostatnich trzech dniach i jeszcze więcej czytam, głównie o wydarzeniach 1968 roku i śmierci Gustawa Holoubka. Odszedł w przededniu obchodów rocznicy Marca "68, z którym był związany unikatową interpretacją Wielkiej Improwizacji. Odszedł, jakby nie chciał już słyszeć komentarzy na ten temat, jakby chciał uniknąć tego wstydu, pozostawiając swoją interpretację w pamięci tych, którym udało się ją zobaczyć i usłyszeć. Należał do tych aktorów, którzy mają wielki szacunek do pisarzy. Może dzięki temu był uosobieniem teatru, czyli mówienia - używania pięknego słowa pisanego...

O śmierci Holoubka niezwykle trafnie wypowiedział się reżyser Kazimierz Kutz: - Ja na razie nie wspominam, tylko przeżywam jego śmierć...

 

 

9 marca 2008

 

Coraz częściej zastanawiam się nad tym, co może się stać z tradycyjną książką w sytuacji, kiedy następuje tak duży rozwój cywilizacyjny. Przeminie, stanie się archeologiczną ciekawostką? Czy książka będzie zakurzonym zabytkiem? Nie, bo ewoluuje, przybiera nowoczesne formy i nic jej nie zastąpi. Książka ma swój specyficzny zapach. Co może się równać z szelestem przerzucanych kartek? Książka to dzieło stworzone przez mistrza! Trzeba jednak bardziej intensywnie promować książkę, autorów i czytanie, bo w niektórych środowiskach panuje moda na niewiedzę. Jeżeli czegoś nie wiesz - jesteś cool. A w Polsce - wbrew temu, co podają niektóre badania - niestety, nie czytamy. Dlaczego? Powody są różne: bo nie stać nas na kupno książek; nie czytamy, bo nie mamy na to czasu... Cały czas w biegu, cały czas w pracy. Istnieje możliwość pójścia do biblioteki - owszem, ale kiedy? W niedziele, kiedy chodzimy po supermarketach?... A do tego dochodzi czytanie książek „ściąganych” z Internetu na komputer, ale przecież to nie to samo, co książka papierowa...

 

 

10 marca 2008

 

Wczoraj w telewizji rewelacyjny program z udziałem Adama Michnika i Daniela Cohn-Bendita, dwóch wielkich „wichrzycieli” 1968 roku: pierwszy polskiego Marca, a drugi - buntu francuskiej młodzieży paryskiego Maja. Obaj w wybornej formie intelektualnej. Mówili bez tej politycznej buty i chamstwa. Rok 1968 to czas, kiedy całą Europę (również USA) opanowała fala najprzeróżniejszych wystąpień i buntów. Polska, Francja, Niemcy, Czechy, Węgry, Turcja - i praktycznie wszędzie były to protesty młodych ludzi - na Zachodzie było to pokolenie tzw. wyżu demograficznego, którzy nie bało się już wojny, które oczekiwało od państwa wyższego poziomu życia, natomiast u nas, w naszym bloku politycznym - był to bunt młodych, dla których wojna i stalinizm też były obce, ale np. w Polsce chcieli oni „wolności Polski i wolności człowieka”. Różne światy, różne poglądy, różne wyzwania, choć cel jeden - wolność...

 

 

12 marca 2008

 

Jarosław Kaczyński najwyraźniej w dalszym ciągu nie może się pogodzić z wyborczą porażką. Co rusz wymyśla nowe rzeczy, które mają bądź zdyskredytować obecny rząd, albo tak wpłynąć na potencjalnych, przyszłych wyborców, aby zagłosowali na IV Rzeczpospolitą. Niestety, zabiera się do tego pokracznie, by nie powiedzieć beznadziejnie. Na „swoim”, bo PiS-owskim portalu internetowym Pis.org, powiedział, że internauci są źli i bardzo krytycznie odniósł się do pomysłu umożliwienia głosowania w wyborach przez Internet. „Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki piwo i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Użytkownikami sieci »najłatwiej manipulować«”. W środowisku internautów zagotowało się po tych słowach. Pod adresem byłego premiera pojawiły się głosy bardzo krytyczne, a nawet obraźliwe.

No, cóż, wydaje się, że pan premier chyba już zapomniał, że jeżeli chodzi o manipulację, to trudno dzisiaj o lepszych fachowców niż szefowie kampanii wyborczej PiS. Teraz pewnie będzie bardzo narzekał na media, stronniczych dziennikarzy i cały zachodni świat. Czyżby nie zdawał sobie sprawy z tego, że jeżeli ktoś, kto pije piwo i ogląda w Internecie nagie kobitki, to kiedy pójdzie do wyborów osobiście, to zagłosuje inaczej? Nie, wprost przeciwnie. Kaczyński doskonale wie, że walka wcale nie idzie o żadną pornografię, tylko o ponad milion głosów Polaków, którzy pracują na Zachodzie. Nie wie tylko, że Internet jest dla tych ludzi jedynym, tanim łącznikiem z krajem i rodzinami. Pan premier tego nie wie, bo on kontaktuje się z mamusią osobiście, to i nie musi korzystać z Internetu. Zresztą jego słowa krytycznie potraktowali nawet niektórzy członkowie jego partii. Na przykład poseł PiS Adam Hofman powiedział wprost: „Lubię Internet, gołe babki, piwko i squasha”. Niestety, zachowanie Kaczyńskiego pokazuje, że postał on przynajmniej w XIX wieku, kiedy świat już dawno poszedł do przodu. Ten fakt pokazuje też dlaczego przegrał i dlaczego przegrywają ludzie tzw. idei, oderwanych czasami od rzeczywistości...

 

* * *

 

Znowu głośno o Kościele katolickim, a to głównie za sprawą molestowania młodych ludzi przez księdza. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni przypadek. Nie byłoby w tej sprawie niczego szczególnego, gdyby nie otoczka całej sprawy. Okazało się, po raz kolejny, że takie sprawy Kościół zawsze próbuje tuszować, a angażują się w nie wysocy urzędnicy kościelnej hierarchii. Przygnębiające jest to, że nie próbuje się tego zajścia na spokojnie wyjaśnić. Można by powiedzieć, że przecież samo molestowanie nie jest jeszcze skandalem, bo tych haniebnych czynów dopuszczają się także ludzie niezwiązani ze stanem duchownym. Skandal pojawia się dopiero wtedy, kiedy takie zachowania są ukrywane, a piętnuje się tych, którzy o tym głośno mówią. Twierdzenie w tym przypadku o miłosierdziu i przebaczeniu jest po prostu nadużyciem. Miłosierdzie czy przebaczenie nie mają tu nic do rzeczy, a kierowanie się nimi przy przywracaniu duchownych dopuszczających się przestępstw seksualnych oznacza mylenie grzechu i przebaczenia z nadużyciem stanowiska i przywróceniem na nie. Zbrodnia będzie zawsze zbrodnią, a molestowanie, szczególnie osób chorych, zagubionych i nieletnich, jest czynem haniebnym. Szczególnie wtedy, kiedy dopuszczają się jej osoby zaufania społecznego. Nie zapominajmy o tym...

 

 

13 marca 2008

 

Na tę książkę czekałem od kilku miesięcy. Przez cały czas wiedziałem, że będzie to niezwykle ważna książka. Czytałem te wiersze co jakiś czas, od momentu, kiedy Leszek Żuliński powiedział mi - a było to w październiku ubiegłego roku, podczas Warszawskiej Jesieni Poezji - że chce ogłosić swoje „Fausty”. Leszek podsyłał mi swoje wiersze, a ja z każdą kolejną przesyłką dojrzewałem do tej poezji. Publikowałem je nawet w „Gazecie Kulturalnej” i wiedziałem, że kiedy ta książka ujrzy światło dzienne, będzie to wydarzenie literackie. Powiem nieskromnie, że nie pomyliłem się. Dostałem dzisiaj przesyłkę od Leszka, a w niej tom pt. „Ja, Faust”. Pochłonąłem go w dwie godziny i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak ważny to głos. Leszek Żuliński należy zresztą do tych literatów, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, kiedy warto skomentować rzeczywistość i jakie jest jego - poety - miejsce we współczesnym świecie, w świecie, w którym przyszło mu żyć. Wie, w co wierzyć, a co jest tylko zwykłą blagą. Chociaż wielu ludziom wydaje się, że dzisiaj w niczym nie można już pokładać nadziei, Leszek widzi jednak światło w tunelu. Mówi, że wszystko jest zawodne, bezradne wobec problemów; nikt nie potrafi odpowiedzieć na proste, a tak ważne dla człowieka pytania.

Faktem niezaprzeczalnym jest, że poeta i poezja wpływają jeszcze - na szczęście - na nas i na otaczający nas świat. Kreują go, wyznaczają mu szlaki. Najnowsza poezja Leszka Żulińskiego z książki „Ja, Faust” wyraża tak wiele emocji, porusza tak wiele strun ludzkich uczuć i wprawiała w drgania najtwardsze serca.

Czytając ten tom Żulińskiego na próżno by szukać we współczesnej polskiej poezji podobnych punktów odniesienia. Niezwykła wiedza i erudycja krytyka i poety, pozwoliła mu niezwykle głęboko wejrzeć w ludzką duszę. Tak, jak mityczny Faust poszukiwał filozoficznego wytłumaczenia swojej egzystencji, tak Żuliński szukał nieosiągalnego w najgłębszych zakamarkach swojego „jestestwa”. I trzeba sobie powiedzieć, że to, co tam odkrył, jest niesamowite i poruszające. Żuliński, niczym ten mityczny alchemik, próbuje rozwikłać wszystkie zagadki cywilizacji, dotyka bez mała wszystkich najważniejszych problemów świata początku XXI wieku.

Jedno tylko mnie zastanawia. Czy „Fausty” Leszka Żulińskiego zajmą należne im miejsce? Czy w kraju rządzonym przez intelektualnych nieudaczników i gamoniowatych karierowiczów, poezja ta zostanie dostrzeżona i na trwałe zapisze się w annałach polskiej literatury? Myślę, że może to być trudne, bo Faust Leszka Żulińskiego jest

 

„lubieżnym smakoszem życia,

koneserem malarstwa, wykwintnego jadła,

zasłuchanym w muzyce melancholikiem,

który na upływ czasu i jazgot światła patrzył

poprzez amfilady sal w Prado, Lewrze, Albertinie,

Musée d’Orsey i innych galeriach świata,

ale równie dobrze w ogrodzie botanicznym

potrafił umierać ze wzruszenia nad listkiem miłorzębu lub

pierwszym kwietniowym pierwiosnkiem”. (...)

 

Miłośnikom poezji bardziej ortodoksyjnej z tą poetyką będzie nie po drodze, bo jak Leszek Żuliński pisze w jednym  wierszy: „Mądrość jest nędznym ogryzkiem w sztuce życia”. A monopol na mądrość i na nagrody mają ostatnio ludzie, którzy - nie wiem dlaczego - uważają, że życie nie jest „warte prawdziwego grzechu, buntu i szaleństwa”. „Fausty” Żulińskiego, to wielka poezja, którą mógł napisać człowiek, niezwykle otwarty na drugiego człowieka, dla którego jest w stanie „rano obudzić się do nowego czynu”...

 

 

16 marca 2008

 

Tybet, olimpiada i biskup...

 

W Tybecie znowu gorąco. W czasie zamieszek w centrum Lhasy, znowu zginęło kilka osób, a kilkkanaście jest rannych. Według chińskich władz Tybetu zajścia w stolicy wyreżyserowała „klika dalajlamy”. Nie podano tylko, że „klika komunistyczna” pół wieku temu krwawo stłumiła antychińskie powstanie w Tybecie i zajęła ten region bezprawnie. chińskiej okupacji organizowane są też na świecie zajęła ten region bezprawnie.

Manifestacje trwają już nie tylko w Tybecie, lecz także w przyległych prowincjach chińskich, których tereny należały do wschodniej części dawnego Tybetu. Pekin oskarżył dalajlamę o organizowanie tych manifestacji. Duchowy przywódca Tybetańczyków, ze swojej emigracyjnej siedziby w indyjskiej Dharamsali, bardzo mocno skrytykował chińskie represje w Tybecie. Przeciwko chińskiemu reżimowi tego typu wystąpienia pojawiają się coraz częściej. W lipcu 2007 roku został aresztowany Yang Chunlin, po opublikowaniu listu otwartego do władz, w którym domagał się respektowania praw człowieka, protestując przeciwko organizacji przez Pekin igrzysk olimpijskich. W sprawie Yanga nie wydano jeszcze wyroku, ale wydaje mi się, że taki wyrok zostanie wydany... po olimpiadzie, kiedy rząd w Pekinie nie będzie musiał się już z nikim i niczym liczyć. Zastanawiam się tylko jak długo komitet olimpijski pod płaszczykiem zacnej rywalizacji sportowej kupczy, przyznając często organizowanie olimpiady krajom niedemokratycznym. Tak przecież było w 1936 roku w Berlinie.  Decyzja o przyznaniu letniej olimpiady Pekinowi jest przykładem, jak szanuje się idee olimpijskie.

 

* * *

 

A polskim Kościele znowu piekło... i to w okresie Wielkiego Tygodnia. Biskup przeciw księżom, księża przeciw biskupowi - chcą go skarżyć o pomówienia. Żadnego zastanowienia, żadnej skruchy, żadnej refleksji. Tylko zakłamanie, arogancja i buta. I oczywiście żal i pretensje, że ktokolwiek śmiał o całej sprawie głośno powiedzieć. Na dodatek próbuje się w tą sprawę „wmontować” zwykłych parafian. List biskupa, to przykład skrajnej nieodpowiedzialności... Czemu tylko pasterz próbuje ze swoich owieczek zrobić barany?

 

 

18 marca 2008

 

Traktat dzieli i zaślepia...

 

Trawa batalia o ratyfikację Traktatu Lizbońskiego. Niestety, nie ma żadnej merytorycznej dyskusji, tylko chamskie, aroganckie i bezczelne pyskówki. W poziom debaty wpisują się, niestety, dziennikarze. Joanna Lichocka, dziennikarka I programu TVP i publicystka dziennika „Rzeczpospolita” powinna się bardziej przykładać do swojej pracy. Felieton pt. „Traktat zasługuje na preambułę”, a zamieszczony w „Rzeczpospolitej”, to przykład dziennikarskiej tandety i tendencyjności. O ile w gazecie Lichocka może pisać, co chce, bo to przedsięwzięcie prywatne, to w telewizji publicznej, mogłaby być bardziej obiektywna. Ależ czego ja oczekuję od osoby, która ma problemy z napisaniem tekstu, który byłby poprawny językowo czy składniowo:

„Ponieważ wielu publicystom i zwolennikom Donalda Tuska trzy literki składające się na skrót PiS odbiera czasem możliwość trzeźwej analizy, proponuję ćwiczenie flekcyjne. Otóż proszę sobie wyobrazić, że PiS i Kaczyńscy nie istnieją. Nie ma ich i nigdy nie było. Ale jest sobie ugrupowanie A, które chce przy ratyfikowaniu umowy międzynarodowej cedującej część suwerenności kraju na rzecz organizacji państw X zawarować w ustawie ustalenia, jakie wynegocjowało w treści umowy. Formułując jej zapisy tak, by w przyszłości, ktokolwiek obejmie rządy, nie było łatwo jej zmienić. Z drugiej strony mamy zaś ugrupowanie B, które ze wszystkich sił broni się nawet przed rozmową nad uchwaleniem takiej ustawy, proponując w zamian uchwałę. Jak jednak wiadomo, uchwała Sejmu nie jest prawem i nie powoduje żadnych zobowiązań na przyszłość”. (...)

Trzeba przyznać, że trzeba wiele wysiłku włożyć w to, aby zorientować się, o co Lichockiej chodzi. A poza tym ta „flekcja”. Co to jest!? Osobiście słyszałem o „fleksji”, m.in. jako o „różnicowaniu form pozwalających na ścisłe określenie zależności pomiędzy wyrazami w zdaniu”. Zakładając, że jest to błąd drukarski (choć wątpię, tekst montowany elektronicznie nie może uleć takiemu przekształceniu), gdzie można zastosować w cytowanym tekście ćwiczenie fleksyjne? Jak to się ma do meritum tego felietonu?

No, cóż, przecież nie chodzi w tu wcale o dziennikarski poziom, tylko o to, żeby zająć określone stanowisko... Bez względu na to, czy ma się rację, czy też nie...

 

 

19 marca 2008

 

Skala awantur w naszym kraju nie maleje. Zastanawiam się czy jest jeszcze jakaś dziedzina życia społecznego, gdzie byłby względny spokój. Myślę, że nie. Do „dyskusji” o Traktacie wmieszał się nawet Lech Wałęsa, gromiąc PiS praktycznie za wszystko. I ma rację! „Nikt nie twierdzi, że Traktat jest doskonały - mówi Wałęsa. Ma wiele wad. Ale nie w tym rzecz. Europie i Polsce potrzeba takiego dokumentu i takiego spoiwa. Takiego bodźca do dalszej integracji, do lepszej współpracy. I to w końcu Traktat już podpisany w Lizbonie przez Prezydenta RP, wcześniej negocjowany przez poprzednią ekipę, która teraz zafundowała nam dla własnych celów taką awanturę. Dla własnych celów”.

Wszyscy w tej niezdrowej rozgrywce są przegrani. A najbardziej - niestety - Polska.

 

* * *

 

Ciekawe czy będziemy dalej płacić abonament radiowo-telewizyjny? Sejm przyjął nowelizację ustawy medialnej zaproponowaną przez Platformę Obywatelską. Zgodnie z nią większość obecnych kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zostanie przekazanych Urzędowi Komunikacji Elektronicznej. Nowelizacja zmienia też sposób powoływania KRRiT oraz zarządów i rad nadzorczych TVP i Polskiego Radia. W jej efekcie można będzie przerwać kadencje obecnych władz mediów publicznych.

Zastanawiam się tylko, co stanie z programami edukacyjnymi, historycznymi, kulturalnymi (tymi na wysokim poziomie, a nie tandetne teleturnieje, tańce z pseudogwiazdami na lodzie, wodzie i w powietrzu, żałosne śpiewogry, tokszoły i inne ogłupiacze)? Czy będzie w eterze miejsce na II program PR? Tyle pytań i tyle niewiadomych!...

 

 

21 marca 2008

 

Wielkanoc...

 

Na czym polega niezwykłość Świąt Wielkanocnych? Czy na tym, że jest to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie. Święto, obchodzone na pamiątkę Zmartwychwstania Jezusa - które tym samym zapisuje się jako główne misterium Nowego Testamentu. Pewnie tak. Natomiast tak zwyczajnie, to wspaniałe, wiosenne święto jest okazją do pożegnania zimowych chłodów i powitania cieplejszej pory roku - wiosny. Niestety, w tym roku będzie to pewnie święto wszystkich narciarzy.

Wiele nadziei związanych jest z tym świętem, każdy chce rozpocząć, nowy, lepszy etap swojej egzystencji. Bo jakże by nie wykorzystać tej niezwykłej pory roku na podjęcie nowego, lepszego życia?

Trzeba też pamiętać, że wiele ze zwyczajów obchodzonych dzisiaj ma swoje korzenie w typowo pogańskich obrzędach - oblewanie się wodą czy zbieranie datków. Kiedyś były one przez Kościół zakazane, ale cóż znaczy siła ludowej tradycji... Giną już piękne zwyczaje, kiedy to „mężczyźni kobiet, a kobiety mężczyzn, nie ważyli się napastować o jaja i inne podarunki, co pospolicie się nazywa dygować (...), ani do wody wciągać, bo swawole i dręczenie takie nie odbywają się bez grzechu śmiertelnego i obrazy imienia Boskiego”. A cóż by dzisiaj powiedziano o jajkach zakopywanych na rogach domostw, o karmieniu zwierząt domowych święconką? Cóż by powiedziała dziewczyna, nie tknięta bodajby kroplą wody. Uznałaby zapewne, że niegodna jest zainteresowania kawalerów i że grozi jej staropanieństwo - wstyd i hańbę tym samym na dom rodzinny sprowadzając. A owe święcenie pól, które później zaanektował sobie kościół to zwyczaj typowo pogański, związany z kultem płodności, ale czegóż nie robi się dla własnego zbawienia? Zwyczajów wielkanocnych można wyliczać wiele, gdyż był to czas zabaw, na świeżym, wiosennym (brrrrr) już powietrzu, czas pożegnania się z długim, bo czterdziestodniowym postowaniem i czasem wielkiego obżarstwa.

Niestety, te wszystkie przepiękne, polskie zwyczaje, odchodzą do lamusa historii. Już tylko nieliczni próbują je pielęgnować, dbając o detale. Młodzi mają dzisiaj inne potrzeby. Sama wiara schodzi na dalszy plan, a liczy się „świętowanie komercyjne”. Istnieje w nas, Polakach, nieuzasadnione przekonanie, że skoro jesteśmy „narodem wybranym” (według samych Polaków), to my sami mamy monopol na to, jak święta mają być obchodzone i co teraz obowiązuje w „świątecznej modzie”. I rzeczywiście jest dosłownie wszystko - oprócz samej wiary i Boga. Wystarczy przeczytać dzisiejsze posty w Internecie, aby zobaczyć jakimi są Polacy naprawdę są w ten wyjątkowy dzień, dzień śmierci Chrystusa. Przypuszczam, że większość z nich obnosi się ze swoją wiarą, a kiedy przeczyta się te komentarze, to włos jeży się na głowie! Buta, chamstwo i zawiść. Męczy mnie już ta wszelka nietolerancja, choć wiem, że każdy ma prawo głosić swoje poglądy. Szanuję racje innych, nawet jeśli są odmienne, ale po co w takim razie ta obłuda? Gdzie odpowiedzialność za słowo? Przecież to nie wiara jest złem! Źli są ludzie, w których jest tyle zła, również u tzw. „wierzących”.

 

 

22 marca 2008

 

Sobota Wielkanocna. Nareszcie wyciszenie. Towarzyszą mi subiektywne odczucia określane jako wewnętrzny spokój, wewnętrzne wyciszenie, odprężenie, pogoda ducha, wrażenie zapadania się, wewnętrzna błogość, łagodna euforia, stan zmienionej świadomości. Fachowcy od tych spraw mówią, że relaks jest specyficznym „przestrojeniem świadomości”, które powoduje zmniejszenie wrażliwości na bodźce zewnętrzne i zwiększenie wrażliwości na bodźce wewnętrzne pochodzące z wnętrza organizmu i sfery ducha oraz psychiki. Od pewnego czasu „jakaś siła” pchała mnie w tym kierunku. Żadnej gonitwy, nic, tylko czytanie dla przyjemności, pisanie dla przyjemności, i w ogóle wszystko dla przyjemności...

Okres świąteczny, to czas wielu doznań. Doświadczenie ciszy i bliskości z Bogiem nie pozostaje ulotne, bezkarne... odkłada się gdzieś głęboko w sercu i gdy się człowiek oddali, zagubi, zapędzi gdzieś, zamienia się w potrzebę odkrywania.

Znajomi chcą zorganizować weekendowy wyjazd by trochę poszaleć, pobawić się i naładować się słoneczną energią. Ale ja nie mam ochoty w tym uczestniczyć. Wolę spędzić ten czas z najbliższymi w domu, rozkoszując się ciepłem domowej atmosfery. Chęć spokoju i wyciszenia przemawia przeze mnie. Słowa-klucze, którymi można by określić ten stan to: noc, cisza, powietrze. Łagodność i melancholia. Bo wiodę tutaj cudowne życie. Kocham marzyć, czytać książki i oglądać telewizję, by w ten sposób zanurzać się w innym, lepszym świecie. Obcy teren jest dla mnie nieprzyjazny. Dom to moja oaza...

 

23 marca 2008

 

Życie tylko pozornie jest skomplikowane. Jak więc jest to możliwe, że człowiek potrafi je tak skutecznie pogmatwać? Staje się próżny i zgorzkniały, opętany przez nieznane mu siły. Czy świat, w którym żyjemy, nie jest czasami rodzajem snu? Można by powiedzieć, że tak, bo człowiek jest jak „czarna skrzynka”, która rejestruje, a także przyswaja jedynie to, co przypływa do niej z zewnątrz. Żyjemy w świecie, w którym wiedza jest coraz cenniejsza. Nie wystarcza już podstawowy pakiet edukacyjny w postaci skończenia studiów. Ci, którzy ograniczą się do tego, za niedługi czas pozostają daleko w tyle. Cywilizacja biegnie do przodu w ogromnym tempie. Ludzie współcześni nie dostrzegają takiej wartości „umiłowania myślenia” jak myśliciele starożytności - człowiek współczesny woli, by decydowano za niego. A przecież istnieje coś takiego jak rozwój siły ducha, a więc coś takiego, co w nagłym nieszczęściu może być dla nas tarczą, ochroni nas przed „hałasem” i „agresją” nowoczesności. To miłość. Życie bez miłości byłoby ubogie, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna... Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami, ciągle jeszcze ten świat jest piękny...

 

 

24 marca 2008

 

W Tygodniku Idei „Europa”, dodatku do „Dziennika”, rozmowa Bogumiła Łozińskiego z prof. Leszkiem Kołakowskim. Wywiad pokazuje, w którym miejscu swojej intelektualnej drogi jest prof. Kołakowski. Przed pięcioma laty słynny kanadyjski filozof Charles Taylor powiedział o Kołakowskim, że przyjął on rzadkie wśród filozofów stanowisko: bliskiego i współczującego obserwatora wiary chrześcijańskiej - bez ostatecznego opowiadania się po jej stronie. Należy pamiętać, że droga intelektualna prof. Kołakowskiego prowadzi od marksizmu przez rewizjonizm do chrześcijaństwa. Ale Kołakowski, nawet będąc filozofem marksistowskim, miał wielką wiedzę o religii, którą zawsze się fascynował. Zawsze też zachowywał niezależność myślenia i wrażliwość na wymiar etyczny, co powodowało, że często szedł pod prąd głównym nurtom filozoficznym.

Z marksizmem zerwał w końcu w 1956 roku i skupił się na krytyce tej ideologii, którą zawarł potem w pracy „Główne nurty marksizmu”. Wyjechał z kraju po nagonce, którą partia zorganizowała na intelektualistów w 1968 roku. Osiadł w Wielkiej Brytanii, gdzie został wykładowcą na Oxfordzie.

Co też profesor mówi o religii? Wiara jest dla Kołakowskiego fundamentem istnienia. „Absolutnie nie wierzę w śmierć wiary religijnej i Kościoła - mówi profesor. Jednak poglądy, które głosi prof. Kołakowski nie zawsze idą w parze z zachowaniami polityków i przywódców religijnych, często kreujących ludzkie zachowania. Trudno jednak oczekiwać od nich, z jakiejkolwiek wiary by oni nie byli, aby twierdzili, że nie są pewni tego co głoszą. Pozostaje pytanie, co jeżeli oni mają rację? Drażni mnie pyszałkowaty sposób odmawiania im racji tak samo jak i fundamentalne podejście do jakiejkolwiek religii sprowadzające się do pogardy do tych co myślą inaczej. Niestety dość często taka pogarda do drugiego człowieka zaczyna się od wiary w nic, lub jak kto woli w siłę człowieka. Nie ma wówczas niczego, co mogłoby nas nauczyć pokory. Wówczas prawda jest relatywna, a dobro i zło nie istnieją. Każdy z nas może mieć rację i to należy uszanować. Nie można jednak odmawiać nikomu przekonania, że racja jest po jego stronie. Stąd wielu ludziom bliżej jest do agnostyków niż ateizmu. Bo skąd niby wiadomo, że Boga nie ma? O ile znajdziemy sporo opisów „udowadniajacych”, że On jest, o tyle trudno znaleźć jakiś dowód, że Go nie ma.

 



            Przecież wiara, to jest to, co odróżnia nas od zwierząt, to zdolność krytycznej analizy bodźców dostarczanych przez zmysły oraz zdolność tworzenia (i operowania nimi) abstraktów, czyli obiektów pochodzących z wnętrza świadomości, oderwanych w sensie fizjologicznym od świata bodźców zmysłowych. Właśnie wiara, wierzenia i wyobraźnia pozwoliły ludziom budować kultury. Czy były dobre, czy złe, to inna sprawa...

W sporze między Hobbesem - twierdzącym, że człowiek to bezrozumne zwierzę targane złymi instynktami - a Rousseau, który widział nie tyle bestię, co baranka, któremu złe okoliczności nie pozwalają barankiem być - Pan Profesor staje murem za Hobbesem. Pomijając osobisty argument (całe życie byłem człowiekiem przyzwoitym i chyba nikogo nie skrzywdziłem, a przynajmniej starałem się ze wszystkich sił, więc koncepcja Hobbesa nie bardzo tu pasuje), takie kategoryczne opowiadanie się za Hobbesem wydaje się niezbyt mądre. Max Horkheimer udowodnił, że zarówno podejście Hobbesa, jak i Rousseau prowadzi do chęci niewolenia innych ludzi. Pan Profesor twierdzi więc, że człowiek jest zły. Po części ma rację, bo jest wielu ludzi, którzy popełnią każdą podłość, z kłamstwem i fałszerstwem na czele, żeby skłonić innych ludzi, żeby byli im posłuszni. A takich trzeba trzymać krótko, za tzw. „twarz”, najlepiej mocno. Ale to się chyba nazywa totalitaryzm...

Profesor mówi: „Zło jest w nas i to jest jeden z powodów, bo nie jedyny, dlaczego świata doskonałego nie można zbudować, dlaczego te nadzieje okazały się próżne. To nie oznacza, że nie można różnych rzeczy ulepszać. Doskonałości jednak nie osiągniemy”.

Tak, to prawda, szczególnie wtedy, gdy niektórzy ateiści szydzą z katolików, a niektórzy katolicy plują na ateistów. Ale czy na tej podstawie można założyć, ze ateizm jest zły, a katolicyzm jeszcze gorszy. Nie, bo ateizm to brak wiary w Boga, a nie nienawiść do wierzących, natomiast podstawowe chrześcijańskie przykazanie wymaga miłości do drugiego człowieka, jaki by on nie był. Skąd więc ta nienawiść? Bóg raczy wiedzieć...

Coraz więcej osób mówi, że rozwój cywilizacyjny doprowadzi w końcu do upadku religii. Krytykujący religię i głoszący poglądy, że ona zaniknie, najwyraźniej nie pomyśleli, ile telefonów komórkowych mają talibowie, jak również o wirtualnej Al-Kaidzie, która tak dobrze funkcjonuje dzięki Internetowi...

 

* * *

 

Wiara tym różni się od wiedzy, że pozostawia wątpliwości...

 

 

27 marca 2008

 

Kiedy my - Polacy - nauczymy się umiaru. Marszałek Komorowski opowiada jakieś bzdury o politycznej odwadze Donalda Tuska, który jako pierwszy premier z Unii Europejskiej deklaruje, że nie pojedzie do Chin na Olimpiadę. Protesty w Tybecie trwają już ponad miesiąc i jakoś przez ten czas żaden z poważnych z polityków nie próbował stanąć po stronie walczących o swoją niepodległość ludzi. Do tej pory przeciw działaniom rządu chińskiego opowiadali się głównie sportowcy i ludzie kultury. Nikt nie słyszał o politykach, czy o biznesie. Cisza, milczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak najbardziej narozrabiali działacze sportowi MKiOL podejmując decyzję o Olimpiadzie w Chinach. Narozrabiali mając swoje własne interesy. Dzisiaj niestety jest tak, że działacze sportowi zniknęli, że tak powiem, z dyskusji, natomiast siłą rzeczy pojawiają się politycy.

Są oczywiście głosy zupełnie przeciwne, jak np. prezydenta USA, Busha, który powiedział wprost, że „on jedzie”. Stany Zjednoczone mają swoje kłopoty i swoje interesy, gdyż mają gigantyczne kwoty pieniędzy ulokowane w akcjach amerykańskich firm, które są wykupywane przez Chińczyków.

Zresztą brak reakcji świata wolnego i demokratycznego na rzeczy haniebne, które dzieją się obecnie w Tybecie, a które wcześniej działy się w innych krajach nie jest niczym nowym. Każdy rozgrywa swoje interesy, ale dlaczego to Polska w ostatnich latach jako pierwsza podejmuje decyzje o charakterze międzynarodowym, które w żaden sposób jej nie służą. Poparcie niepodległości Kosowa - pierwsza Polska. Ogłoszenie, że premier nie pojedzie do Chin - pierwsza Polska. Wysłanie wojsk na kolejne „zadupie” - pierwsza Polska. Czy większość naszych polityków naprawdę wierzy w jakąś niesłychaną misję, jaką ma do wypełnienia nasz kraj. Kiedy Tusk jechał do Moskwy, to jakoś Komorowski nie ogłaszał światu, że właśnie Rosja prawie podobnie postępuje w Czeczni.

Zachowanie naszych władz ponownie obnaża nasze przywary narodowe: butność, zacietrzewienie i stawianie się wszystkim dookoła. Czemu kolejny premier naszego kraju wyskakuje przed szereg jak watażka na wiejskiej imprezie i zapomina, że za takie podskakiwanie pierwszy dostanie sztachetą. Nie jesteśmy żadną potęgą ani liczącym się głosem, żebśymy mogli tak kozaczyć. Polska, a w szczególności nasi włodarze, powinni się już dawno nauczyć na błędach historii, że na pierwszym miejscu liczyć się powinien nasz interes narodowy. Nie chce w żadnej mierze usprawiedliwiać Chin za to, co dzieje się w Tybecie, ale akurat takim krzykiem to nie zdziała się nic, a zaszkodzić można naszej gospodarce. O wiele więksi, bogatsi i bardziej liczący się jakoś nie zabierają tak radykalnych stanowisk - i pewnie dlatego są bogatsi i bardziej się z nimi liczą. Świnie, masło i stal pewnie pierwsza do Chin wyśle Dania, tak samo, jak skorzystała na naszych kłótniach z Rosją.

Nie jesteśmy najważniejszym państwem świata. Dlaczego więc zawsze musimy wychylać się przed „szereg”? Nie umniejszając znaczenia w polityce światowej naszego kraju - nie jesteśmy jej najważniejszym kreatorem. Myślę, że umiar w wypowiedziach byłby najlepszą strategią „państwa na dorobku”...

 

* * *

 

Jedna z największych sieci kolportażowych w Polsce - Empik - wycofała ze sprzedaży tzw. świerszczyki, czy pisma o charakterze erotycznym. W sprawę wmieszała się także Izba Wydawców Książki ostro krytykując szefów Empiku, którzy nie wycofali ze sprzedaży jednego czy kilku najmniej dochodowych tytułów, lecz całą grupę czasopism, co pozwala domniemywać, że powody tej decyzji nie były wyłącznie natury ekonomicznej, ale np. obyczajowej, a może i politycznej.

Nie jestem zwolennikiem pism erotycznych, bo osobiście wolę - jak to się pospolicie mówi - robić niż patrzeć, ale jest to wyraźna dyskryminacja oraz naruszenie idei wolności słowa i swobód obywatelskich, o które walczyło przez całe dziesięciolecia tysiące Polaków. Co innego wycofanie jakiegoś tytułu, który np. ze względu na swoją zawartość w sposób drastyczny narusza konstytucję, ale blokowanie dostępu do kolportażu całej grupie tytułów staje się niebezpiecznym precedensem, który może w przyszłości powodować tego rodzaju zachowania także wobec innych, bardziej ambitnych pism. Dziś wycofywanie świerszczyków, jutro - pism promujących literaturę i sztukę...

 

 

30 marca 2008

 

Pisanie, ciągle pisanie...

 

To już trzeci dzień mojego pisarskiego maratonu. Proces ten ma w sobie coś cudownego i niezwykłego. To nie jest rzecz, której można się nauczyć na warsztatach pisarskich: zrozumienie jest głębsze niż instynkt, to jest coś pokrewnego z doświadczeniem duchowym. Najciekawiej jest wtedy, kiedy godzisz się na to, aby twoi bohaterowie „tworzyli samych siebie”, kiedy widzisz prawie na własne oczy, jak oni dojrzewają, dostrzegasz skromność w tym wzrastaniu. Kiedy wykorzystujesz nie jakiś swój wielki geniusz, ale bardziej doniosłą siłę tworzenia natury, i że pozwolono ci jedynie, aby pracowała ona dzięki tobie. To może brzmi tajemniczo i dziwacznie, ale tak właśnie jest. Właśnie zostałem dotknięty dystyngowanym szaleństwem... Na jak długo? Nie wiem!...

 

 

31 marca 2008

 

Serial z pisaniem w tle trwa. Dzisiaj dwie recenzje: Leszka Żulińskiego z jego książki „Ja, Faust” i Anny Kajtochowej „Rosa przedświtu”. Obie książki świetne i bardzo ważne. Oby takich więcej, ale wiem, że z tym jest coraz trudniej...

Fragment z Żulińskiego: „(...) Faust u Żulińskiego jest niezwykle inteligentny, a ponieważ uznaje swoją wiedzę za niewystarczającą, postanowił powrócić do swej pracowni - oazy szczęścia. To właśnie w niej tak naprawdę czuje się najlepiej - zdobywanie prawdziwej wiedzy, jest dla niego filozoficzną i artystyczna syntezą życia. W przeciwieństwie do prawdziwego Fausta, przeżywanie świata u Leszka Żulińskiego nie jest jednak nacechowane nieszczęściem i tragizmem, ponieważ szukając mądrości - nie doszedł do rozpaczy, a doczesne szczęście skutecznie chroni go od „zbrodni”, bo poeta spełnienie odnalazł w pracy. Te jego poszukiwania poznawcze, te dążenia do prawdy i wolności, tworzą u niego wielopoziomowe płaszczyzny, gdzie przestrzeń realna miesza się z przestrzenią symboliczną.

Świat Fausta z książki „Ja, Faust” Leszka Żulińskiego nie ma trwałości, dlatego że jego Faust w swojej inicjacji, jak zresztą w każdej inicjacji hermetycznej, tajemnej, operuje w sferze Chaosu. Przechodzi prawie wszystkie szczeble zaznajomienia się z „nieskończonością”. A jest to próba wręcz szatańska, z której poeta wywiązał się niemal doskonale, ponieważ wykonując swoisty poetycki taniec, nie wypuścił z ręki klucza, którym można otworzyć wszystkie drzwi do domu zwanego „nieznanym”. Ta poezja to klucz do uporządkowania tego, co coraz częściej zostaje nam narzucone, jako jedynie słuszna racja!” (...).

 

1 kwietnia 2008

 

Miało być prima aprilisowo, a wyszło niezwykle poważnie. A wszystko za sprawą nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w sprawie projektu ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Kilkutygodniowy spektakl, w którym tak naprawdę nie wiadomo, o co chodziło adwersarzom, dobiega końca. Dobiega, bo jeszcze jutro głosowanie w Senacie. Trzeba przyznać, że dzisiejsze zachowanie prezydenta i premiera napawało optymizmem na przyszłość. Kultura, szyk, spokój i wzajemne zrozumienie. Premier Donald Tusk podziękował w Sejmie prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu za to, że doprowadził do porozumienia w sprawie ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Podczas swojego przemówienia prezydent powiedział, że kompromis to warunek bycia w UE i poprosił zgromadzonych o ratyfikację Traktatu. Kilkudziesięciu posłów PiS głosowało jednak przeciw ratyfikacji traktatu. To wielki błąd, ponieważ Polska w swoim położeniu geograficznym, przy poziomie rozwoju gospodarczego, swojej historii, nie może być poza Unią Europejską. Posłowie ci chcą być postrzegani jako „europejscy” politycy, a wychodzą na zakompleksionych politykierów, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi i Konstytucji Rzeczpospolitej, sprowadzają nas do rangi dzikiego kraju w środku Europy. Głosujący przeciw traktatowi posłowie PiS pokazali swój fundamentalizm religijny i jak to określił kiedyś jeden z ich przywódców, prawdziwa targowica pokazała swoje oblicze. Teraz jest pewne, że Ci posłowie już nigdy nie będą głosowali inaczej, niż powie im Rydzyk. Pewnie, że trzeba dbać o własne interesy, że nikt nic nam za darmo nie da, że duże kraje europejskie zawsze będą starały się rozwijać kosztem krajów małych, ale żeby zaraz taki ciemnogród?

Z jednej strony trudno się łudzić, że dopchamy się jakoś do steru „Stanów Zjednoczonych Europy”, bo będzie to bardzo trudne, ale z drugiej strony - jesteśmy za dużym i za starym krajem, żeby sobie mogli spokojnie powiedzieć, że nie mamy nic do stracenia... bo jednak mamy...

 

 

2 kwietnia 2008

 

Smutna rocznica...

 

Trzy lata temu odszedł Papież-Polak. Jana Pawła II żegnały miliony Polaków, naród zjednoczony w bólu opłakiwał śmierć wielkiego Polaka. Czy dziś pamięć o życiu i nauczaniu Jana Pawła II wciąż jest żywa w naszych sercach? Jeśli ktoś jest w umysłach i sercach Polaków, to właśnie Jan Paweł II... Jeśli jest...

Jan Paweł II jest obecny w pamięci wielu Polaków jako człowiek święty. Wielu go wspomina, ale mało kto pamięta jego nauczanie - nauki o powinnościach człowieka współczesnego, o odwadze cywilnej, obowiązkach wobec rodziny i narodu... Myślę, że to co było najważniejsze w nauczaniu Jana Pawła II, to swoistego rodzaju nawoływanie do heroizmu w naszym życiu codziennym. Cóż to może oznaczać? Kto ma być heroiczny? Sądzę, że te pytania pozostają do dzisiaj bez odpowiedzi...

Czas zaciera w naszej pamięci wiele rzeczy, jednak bardzo wielu z nas nie przeżywa dzisiaj tej rocznicy, tak jak przeżywaliśmy odchodzenie Jana Pawła II. Wówczas, w chwili umierania tego naszego wielkiego rodaka, byliśmy lepszymi ludźmi, lepszymi niż kiedykolwiek, i - niestety - także lepszymi niż dzisiaj.

Czy jednak coś pozostało w nas z tego dobra, którym obdzielił nas papież swoją odwagą odchodzenia, mierzenia się ze śmiercią?

Kiedy Jan Paweł II umierał, płakała cała Polska. Dzisiaj większość z nas, z tej grupy opłakujących, przypomina sobie o śmierci Wojtyły raz do roku, mimo wielu wcześniejszych deklaracji, że teraz zmienimy swoje dotychczasowe życie, że będziemy lepszymi, że będziemy pamiętać... Wydaje mi się, że ta śmierć nic nam nie dała, a papież niczego nas - Polaków - nie nauczył? Niestety, trzeba sobie jasno powiedzieć, że nauki Jana Pawła II idą w zapomnienie, a pokolenie JP2 jest fikcją! Dziwne to, bo jak się traci kogoś, kogo się kocha, to nie płacze się, jak przypada rocznica, tylko się pamięta przez cały rok. Nasze zachowanie dobitnie pokazuje, że tak - niestety - jest. Ludzie, którzy będą uczestniczyć w dzisiejszych uroczystościach będą na pewno płakać i głośno wołać, że potrzeba jest nam autorytetów. I tak będzie w każdą rocznicę śmierci, gdy uświadomimy sobie, kogo mieliśmy i kogo straciliśmy... Biskup Tadeusz Pieronek namawiał wręcz do tego, abyśmy się cieszyli, bo teraz liczy się beatyfikacja... Czyżby znowu najważniejsze były działania na pokaz? A gdzie miłość, gdzie wiara, gdzie bycie dobrym i pracowitym człowiekiem, gdzie przesłanie?

Gdyby Jan Paweł II żył, miałby dziś pełne ręce roboty. A czas niezmiennie wypełniony modlitwą za problemy świata. Miałby też wiele nam do powiedzenia. I wiele do napomnienia. Pod tym względem nic się nie zmieniło, ciągle się miotamy, gubimy ścieżki i punkty odniesienia. Co dziś powiedziałby nam? Myślę, że z mozołem przypominałby nam, Polakom, i innym narodom Europy, że budowa zjednoczonej Europy to kierunek właściwy, i że musimy wyzbyć się strachów, sianych przez spiskowe środowiska. Uspokajałby nas, ale jednocześnie napominał, że Europa musi być zjednoczona - tylko Europa oparta na dwóch płucach - materialnym i duchowym może być projektem przyszłościowym i trwałym.

Jak więc odbierać słowa senatora Ryszarda Bendera i wielu innych posłów i senatorów, że przyjęcie Traktatu Lizbońskiego jest rozbiorem naszego kraju przez poszczególne znaczące państwa Unii Europejskiej i że Polska straci suwerenność, a nasza niepodległość zostanie ograniczona. Przecież to ci sami ludzie, którzy tak bardzo głośno „krzyczą” o swoim przywiązaniu i miłości do Jana Pawła II i do jego nauk...

Jego słynne słowa, tak wiele razy przywoływane: „Niech zstąpi Duch Twój. I odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, z takim wielkim trudem docierają do Polaków i są coraz częściej wypierane ze sfery życia publicznego przez środowiska niemające nic wspólnego z duchową spuścizną tego wielkiego Polaka...

 

 



 
Copyright ©2014 by debkowski
Kreator Stron www